Z tego kryzysu będziemy wychodzić latami?

Recesję już mamy i nie ma co liczyć na to, że tak jak nagłe tąpnięcie, nastąpi równie silne odbicie – uważa Andrzej Parafiniuk (na zdjęciu), prezes Podlaskiej Fundacji Rozwoju Regionalnego. W rozmowie z Piotrem Walczakiem ocenia wpływ szalejącej epidemii na gospodarkę w wymiarze lokalnym, ponadregionalnym i – przede wszystkim – światowym. Stwierdza przy tym, że interwencjonizm państwa wcale nie oznacza, że nie może być ustalany z biznesem. Jego zdaniem jest wręcz konieczny.

Piotr Walczak, Dzień Dobry Białystok: Kiedy rozmawialiśmy kilka tygodni temu, powiedział mi pan, że dla przedsiębiorców najgorsza jest niepewność. Jak pan ocenia, rozmawiając przecież codziennie z szefami podlaskich przedsiębiorstw: niedawny niepokój to już teraz panika o przyszłość firm?

Andrzej Parafiniuk, PFRR: Przede wszystkim poziom niepewności wcale się nie zmniejszył. Co ciekawe, na to pytanie można odpowiedzieć właśnie dwojako. Firmy, które przez lata część zysków przeznaczały na budowanie swojego kapitału, dziś odczuwają niepokój, mają świadomość nieuchronnego spadku sprzedaży, ale reagują na ten fakt w miarę spokojnie się do tego przygotowując. Pracują więc nad ograniczaniem niektórych rodzajów kosztów, nad przyszłymi zmianami powiązań kooperacyjnych itd. Mając tzw. kapitałową poduszkę finansową zachowują się racjonalnie.

Jest natomiast znaczna część przedsiębiorstw, które często nawet nie z własnej winy nie były w stanie takich rezerw tworzyć, bo były w permanentnym pędzie rozwoju. Dotyczy to przede wszystkim tych mniejszych firm, w których często zarządzanie operacyjne (codzienne) nie zostawiało czasu na myślenie strategiczne. Tu można już usłyszeć trochę paniki w komentarzach, słysząc np. że „jeszcze miesiąc, dwa i mojej firmy nie będzie!”.

Mówi się, że po pandemii czeka nas nowa rzeczywistość i inny model funkcjonowania gospodarki niż dotychczas. Ciekaw jestem, jakie pan – jako doświadczony menedżer i komentator gospodarczy – ma wyobrażenie tego okresu, gdy zakończy się „panowanie” koronawirusa.

– Dziś zbyt wiele rzeczy zmienia się jak w kalejdoskopie i ta rzeczywistość z pewnością będzie inna niż kilka miesięcy temu. Obserwowany od kilku lat protekcjonizm gospodarczy prezydenta Trumpa już znajduje swoje namiastki w co bardziej rozwiniętych krajach – np. ostatnie orędzie prezydenta Francji, ochrona własnościowa firm w Niemczech. I właśnie taki protekcjonizm będzie widoczny w przyszłej światowej gospodarce. Oczywiście nie każdego na to będzie stać.

Paradoksalnie, wspomniany przeze mnie protekcjonizm państwowy widzę raczej w ujęciu kontynentalnym, co oznacza, że nowe łańcuchy powiązań gospodarczych bardziej będą powstawać wewnątrz Europy, a nie tylko poszczególnych krajów. Może to być swoistym lekarstwem na dzisiejsze problemy Unii Europejskiej z jej „unijnością”. Dla naszej gospodarki to byłby dobry scenariusz.

Z drugiej strony, obecne „państwo na ratunek” wiązać się niestety będzie ze sporą interwencją struktur państwa w gospodarkę, a to już zupełnie inna historia. Zacytowałbym tu jeden z ostatnich komentarzy naszego ekonomisty – prof. Roberta Ciborowskiego: „Branże, które mają dużo regulacji i ograniczeń praktycznie dziś nie funkcjonują. Te, które mają najmniej – szybko się dostosowały”. Cytuję to, by pokazać moją obawę o zbyt dużą ingerencję państwa, w rzekomej trosce o gospodarkę. Ingerencja państwa często jest niezbędna, ale musi być bardzo dobrze przemyślana. Mam nadzieję, że te interwencje będą kierowane w stronę zabezpieczenia potrzeb, których braki uwidoczniła pandemia, np. w ochronę zdrowia i branże z tym związane.

No i trzecia kwestia – czas po „pandemicznej burzy” będzie również trudny z punktu widzenia finansów każdego mieszkańca i każdej firmy. Z pewnością za działania ratunkowe podejmowane przez państwo dzisiaj (i dobrze, że są!) będziemy musieli zapłacić. Państwo nie może się zadłużać w nieskończoność. Dlatego, jak pokazuje ekonomiczna historia świata, najbogatsi muszą się liczyć z koniecznością większego dzielenia się swoimi zyskami z państwem.

Czwarta rzecz – wszystko zależy od tego, czy tak jak błyskawicznie weszliśmy w medialną panikę związaną z pandemią, tak szybko medialnie uwierzymy, że już jej nie ma i możemy próbować funkcjonować normalnie. Tego psychologicznego kosztu, w wielu obszarach, obawiałbym się najbardziej.

Na naszym lokalnym podwórku słychać o tym, że wkrótce – za tydzień do trzech – ten czy inny zacznie zwalniać, mowa o sporych firmach. W mediach na razie cisza, bo są to informacje nieoficjalne i nikt nie chce publicznie przyznać, że jego ludzie dostaną zaraz wypowiedzenia, bo i sami na razie tego nie wiedzą. Myśli pan, że możemy dojść do takiego poziomu bezrobocia, że sytuacja będzie się prostowała latami?

– Bezrobocie się zwiększy, to właściwie pewnik. Gdyby zapowiadane, ale powstrzymane przez związki zawodowe (i dobrze, bo blokuje to podejmowanie decyzji o zwolnieniach impulsywnie) regulacje umożliwiające łatwe zwalnianie pracowników weszły w życie, tym szybciej ten proces by postępował. Pamiętajmy jednak, że trwający do niedawna tzw. rynek pracownika wziął się z jednej strony z niewystarczającej liczby rąk do pracy w ogóle, ale też z potrzeb wysokich kwalifikacji pracowników. Tak więc rozważne firmy skorzystają z pewnością z tej swoistej „zamiany pozycji” na rynek pracodawcy, ale jednocześnie będą szanowały kwalifikacje swoich kadr.

Bezrobocie zwiększy się zarówno z powodu obecnej sytuacji epidemicznej, jak i przestawienia organizacji funkcjonowania wielu firm. Warunki funkcjonowania wielu branż przy różnych restrykcjach mobilizują do takich zmian organizacyjnych, w których jednocześnie poszukuje się oszczędności. To zaś bardzo często odbija się na liczbie potrzebnych pracowników.

„Mam nadzieję, że tym razem kryzys przybierze charakter recesji, a nie zapaści gospodarczej jak dekadę temu” – to pańskie słowa z połowy marca. Dziś jeszcze aktualne?

– Recesję już mamy. Autorytety ekonomiczne twierdzą też słusznie, że nie ma żadnych sygnałów na scenariusz tzw. litery V – nagłe tąpnięcie i szybkie, równie silne odbicie. Ten kryzys, w porównaniu do ostatniego (2008 – 2009) ma też przede wszystkim znacznie szerszy wymiar. Tamten dotykał głównie rynku finansowego – oczywiście przekładając się częściowo na inne sektory, ten zaś uderzył we wszystkich z ogromną siłą.

Wszystko zależy od tego, jak długo będziemy z koronawirusem walczyć – utrzymywać wszelkie ograniczenia w funkcjonowaniu ludzi i gospodarki, a jak długo się przyzwyczajać do wirusa (tego i innych) obecności. Jak szybko stworzymy mechanizmy nowej normalności. Z pewnością musimy spoglądać na naszych głównych partnerów gospodarczych i natychmiast reagować na ich luzowanie gospodarczych obostrzeń. Nie możemy sobie pozwolić na trwałe zerwanie powiązań, bo szybko w nich ktoś nas zastąpi!

Podlaska Fundacja Rozwoju Regionalnego, pomijając przejście na pracę zdalną, ma już opracowane plany odnośnie swojej dalszej działalności zakładające optymistyczny, jak i czarny scenariusz?

– Działalność fundacji opiera się o krótko- i średnioterminowe plany działania. Wiele rzeczy planujemy w okresie nawet półrocznym, dlatego przyzwyczajeni jesteśmy do pewnego poziomu elastyczności, konieczności reagowania na zmiany. W końcu nasza działalność jest głównie odpowiedzią na potrzeby przedsiębiorstw. Tak więc nie rozróżniamy scenariuszy białych i czarnych. Musimy wspierać rozwój gospodarczy w każdych warunkach i dostosowywać do tego odpowiednie narzędzia. Na przykład: skoro nie możemy organizować firmom wyjazdów na targi branżowe, to organizujemy im zdalne spotkania z potencjalnymi partnerami biznesowymi. Skoro firmy przejawiają mniejsze chęci inwestycyjne, to pomagamy im w utrzymaniu bieżącej płynności lub reorganizacji źródeł finansowania lub generalnie przewartościowania myślenia o sposobie prowadzenia firmy. Ta elastyczność od 26 lat pozwala nam być ciągle partnerem w sukcesie, bez względu na jego wymiar.

Dziękuję za rozmowę.


Źródło: https://ddb24.pl/artykul/z-tego-kryzysu-bedziemy/979584